Miasta na rowery! Tylko jak zmienić postawy ludzi?

Rowery

zdjecie pochodzi ze strony testcyklisterna.se 

Jak to robią inni? W Szwecji trwa właśnie ciekawy i nietypowy projekt wspierania transportu rowerowego – trzydzieści sześć osób dostało rowery w zamian za… obietnicę, że wybiorą je zamiast samochodu co najmniej 3 razy w tygodniu.

W Kopenhadze, która jest rowerowym rajem, połowa osób wybiera rower, żeby dostać się do pracy. W Göteborgu taką decyzję podejmuje tylko 6 procent mieszkańców. Tymczasem przesiadanie się na rowery jest dobre dla wszystkich – jest ekologicznie, tanio i zdrowo – dlatego wiele miast, podobnie jak nasz Gdańsk, robi co może, żeby zachęcać mieszkańców do zmiany postaw.

No właśnie. Autorzy tego pomysłu założyli, że ludzie nie wybierają rowerów, bo… dotąd na nich nie jeździli. U podstaw pomysłu z rozdaniem rowerów leżało przekonanie, że ludzie muszą sami się przekonać, że rower jest w porządku i że mogą zmienić swoje codzienne nawyki.

Pojechanie rowerem do pracy, na zakupy, z dzieckiem do przedszkola i tak dalej jest możliwe i praktykowane powszechnie na przykład we wspomnianej Kopenhadze. To się jednak wydaje trudne i niemożliwe bez samochodu osobom, które dotąd tego nie robiły.

Oczywiście potrzebna jest do tego odpowiednia infrastruktura – ścieżki, stojaki i tak dalej. W Szwecji, tak samo jak u nas, miasta były projektowane głównie z myślą o kierowcach i samochodach, i to się dopiero powoli zmienia. Jednak niezależnie od dostępności infrastruktury,  na pewno kluczowe jest nastawienie ludzi.

Grupa 36 osób o różnej sytuacji i z różnymi potrzebami dostała rowery na pół roku. Po konsultacjach z trenerem transportu sami wybrali, jakiego typu rower dostaną- zwykły, z przyczepką, elektryczny, z trzema kołami i tak dalej, w zależności od potrzeb, dotychczasowych nawyków i aktywności.  Po zakończeniu projektu będą mogli kupić rowery za symboliczne pieniądze.

Showing good examples is a powerful way to reach out. Through the project, we’re trying to create those good examples-people from many different groups in the population, with a large variety of transportation needs, who all can solve their daily transports with bikes.

– mówi o pomyśle Rickard Waern, project manager w Energy Agency of  West Sweden (cytuję za road.cc)

Na testcyklisterna.se i na facebooku projektu możecie sprawdzić, jakie są efekty.

 

O włodarzach, którzy burzą miejskie autostrady

casey and sonjafot. casey and sonja/ Flickr.com

Seul. 360 milionów dolarów kosztował projekt rewitalizacji potoku Cheonggyecheon.

W 1968 roku w tym miejscu, w centrum Seulu, do użytku oddana została budowana przez 10 lat autostrada. Koryto potoku przykryto betonem. Projekt był wówczas oceniany jako przykład udanej urbanizacji.

W 2003 roku óczesny burmistrz Seulu, Lee Myung-bak, postanowił usunąć autostradę i przywrócić potok.

Mówiąc łagodnie – to nie było takie proste przedsięwzięcie, z bardzo wielu powodów. Zacznijmy od tego, że przez ignorancję i zaniedbania podbetonowy strumień prawie zupełnie wysechł, operacja wymagała pompowania i czyszczenia wody z rzeki. Trzeba było zaprojektować potężną zmianę w ruchu drogowym w tej okolicy. Dodatkowo, jak się pewnie domyślacie, pomysł był szeroko krytykowany, między innymi przez przedsiębiorców i kierowców. Przedsiębiorcy, głównie handlarze, obawiali się utraty zysków, kierowcy – korków. Operację musiało nadzorować wiele instytucji, jedną powołano specjalnie do rokowań z niezadowolonymi z pomysłu.

Ale zmiana nie polegała wyłącznie na zburzeniu autostrady. Przy okazji na przykład stworzone zostały buspasy, drogi tylko dla autobusów, powołano też do życia szybki autobus miejski. Do tego: miejsca dla spacerowiczów, artystów, mosty piesze i tak dalej.

Projekt został otwarty dla publiczności we wrześniu 2005.Ponad 8 kilometrów dawnej autostrady zamieniono w zielony potok.

Przed i poprzed i poCzy było warto? Jednym z sukcesów inwestycji było przywrócenie wielu gatunków ryb, owadów roślin i ptaków w te rejony. Po ukończeniu projektu okazało się, że strumień działa jako naturalny schładzacz powietrza, temperatura w okolicy spadła o średnio 3,6 stopnia w porównaniu z resztą Seulu. Spadła liczba samochodów wjeżdżających do centrum – o 2,3 proc. Wzrosła liczba podróżujących autobusami i metrem (1,4 i 4,3 procent, to jest niebagatelne 430 tysięcy osób dziennie). Poprawiły się wskaźniki zanieczyszczenia w atmosferze. Aha, znacząco wzrosły też ceny nieruchomości w okolicy, a przedsiębiorcy mówią teraz, że mają sklepy w najlepszej (z biznesowego punktu widzenia) okolicy w całej Korei.

12155043

Co równie ciekawe, wbrew krytykom, okazało się, ze ruch w mieście odbywa się płynniej i szybciej – o Paradoksie Braessa więcej już wkrótce.

Dziś projekt krytykują głównie ekolodzy – nazywając te działania symbolicznymi i domagając się długofalowej strategii ekologicznej dla miasta i rewitalizacji całego dorzecza potoku. Nie bez znaczenia są wysokie koszty, jakie miasto ponosi przy zarządzaniu Cheonggyecheon.

Ale miasto nie jest firmą.

PS Lee Myung-bak nie jest już burmistrzem Seulu. Obecnie jest prezydentem Republiki Korei.

Zobaczcie też, jak ludzie mają dość samochodów w Brukseli i o tym, co burzenie Detroit ma wspólnego z Nową Wałową w Gdańsku.

Podwórka w Gdańsku i co powinniśmy z nimi zrobić

Typowe gdańskie podwórko” W całym Gdańsku jest 850 podwórek. 368 z nich zostało już wydzierżawionych, a 182 wykupionych przez wspólnoty mieszkaniowe. Pozostałymi zajmuje się Gdański Zarząd Nieruchomości Komunalnych” – informuje GW Trójmiasto.

Na podwórkach, jak nietrudno się domyślić, dominują: dziury, błoto, krzaki, zalegające śmieci z gruzem, psie kupy, rzadkie połamane ławki i zdezelowane piaskownice czy zardzewiałe trzepaki oraz, rzecz jasna, parkujące samochody. Przesadzam i generalizuję, ale tylko trochę.

Miasto chce podwórka oddać w ręce mieszkańców. Idea jest następująca:  mamy te podwórka, nie mamy czasu/pieniędzy/ludzi/ochoty, żeby się  nimi zajmować, sprzedajmy lub wydzierżawmy komuś, kto to zrobi.

Debata na temat podwórek trwa już jakiś czas. Część osób jest za. Mówią – to dobry pomysł, ludzie sami zajmą się podwórkami; lepiej, żeby ktoś to zrobił, skoro miasto nie może/ nie chce/ jakkolwiek. Inni mówią: podwórka to część miasta, powinny być ładne i zadbane; miasto zrzuca odpowiedzialność na ludzi, których często na dobre rozwiązania nie stać.

Inny wątek jest taki, że wspólnoty – jak to w Polsce – chcą podwórka zamykać, grodzić i zabezpieczać przed intruzami oraz robić tam parkingi. Bo włażą pijaki i siedzą na tych piaskownicach. Tu pojawia się (polski i południowoafrykański) mit o rzekomym bezpieczeństwie w miejscach ogrodzonych oraz że skoro moje, to mogę zamykać i nie wpuszczać obcych.

Kolejny fakt, o którym trzeba sobie powiedzieć przy okazji tych gdańskich podwórek, to typowy w Polsce całkowity brak elementarnego wyczucia estetyki i ładu przestrzennego połączony z umiłowaniem brzydoty, pastelozy i gigantomanią. Do tego zerowa wiedza nazwijmy to społeczna i miłość do płotów i barier, czyli wspomniane grodzenie.

Co to jest Placemaking?

W latach 70. amerykańsku urbanista i dziennikarz William H. Whyte pracował w komisji planowania przestrzennego w Nowym Jorku, gdzie przeprowadził inspirujące wielu następców badania ludzkich zachowań w przestrzeniach zurbanizowanych. Jego obserwacje posłużyły do opracowania ‚Street Life Project”, analizy zachowań ludzi i dynamiki miasta.

Wyszło mu między innymi, uwaga, że miasta trzeba planować dla ludzi, a nie dla samochodów i galerii handlowych.

Na podstawie i pod wpływem jego przemyśleń, badań i prac narodził się ruch zwany Placemakingiem.

Placemaking to pewne specyficzne podejście do planowania, projektowania i zarządzania przestrzenią publiczną. Zaczęło być jasne, że krajobraz i przestrzeń w mieście mogą przyciągać ludzi do spędzania czasu. Że place, parki, nabrzeża, skwerki i ulice powinny być ładne i przyjazne dla ludzi.

Ale Placemaking zakłada też, że inspirowanie lokalnych społeczności, wykorzystanie ich potencjału do planowania i tworzenia wspólnych przestrzeni publicznych, sprzyja szczęściu i dobremu samopoczuciu ludzi w miastach. To pewnie brzmi dla wielu jak herezja, ale nie da się zaprojektować dobrej przestrzeni nie biorąc pod uwagę głosu i potrzeb ludzi, którzy mieszkają obok. Ba, że trzeba angażować ludzi do zmian w przestrzeni, bo inaczej trudno jest osiągnąć świetne efekty (rozumiane nie jako materialny zysk, ale jako dobrostan ludzi).

Mówiąc najprościej, nawet najpiękniejsze parki bywają całkiem puste, jeśli powstają w oderwaniu od potrzeb ludzi, którzy w okolicy pracują czy mieszkają. Potrzebna jest współpraca instytucji, projektantów i odbiorców.

Jak to się ma do gdańskich podwórek?

Żeby zrobić naprawdę dobrą przestrzeń, w której ludzie będą chcieli spędzać czas i z której będą zadowoleni, nie wystarczy oddać im podwórek w swoje ręce. Między innymi z powodów, o których napisałam powyżej. Ale można zrobić coś innego – zaprosić ich do współpracy, wypracować wspólne pomysły, pomóc w realizacji.

W Budapeszcie działa projekt Supercity Community Gardens. Polega na wykorzystaniu podwórek i miejskich nieużytków pomiędzy blokami – niezależnie od ich własności – do tworzenia miejskich ogrodów. Idea jest banalna. Sąsiedzi sprzątają podwórko, sadzą rośliny, jakie tylko chcą, ogródek jest ogólnodostępny albo zamknięty. Zyskują wszyscy – miasto (bo podwórka są ładne i zadbane), mieszkańcy (bo nie muszą jechać milion kilometrów na działkę czy sadzić ziół na parapecie oraz oszczędzają pieniądze), właściciele (bo ceny nieruchomości i ziemi rosną), turyści (bo to jest ładne, ciekawe i warte obejrzenia oraz nie ma wstydu, jak się ktoś zapuści za róg).

Wartość dodana? Sąsiedzi spędzając ze sobą czas przy tych ogródkach zaczynają się poznawać i tworzą prawdziwą społeczność. Skutkuje to również wzrostem bezpieczeństwa.

Proste?

 

Kochane CudaWianki, nie odgradzajcie nam plaży płotem

Obrazek

Uwielbiam Cudawianki. W zeszłym roku pisałam, dlaczego niektóre imprezy miejskie są fajniejsze od innych, chwaląc je pod niebiosa, podobnie zresztą Streetwaves.

Wczoraj w Gdyni znów cudowiankowaliśmy. Były wianki, były leżaki pod sceną w Infoboxie, były foodtrucki, waty cukrowe, nakrycia głowy i broszki, były warsztaty robienia czegoś z niczego, był guerilla gardening i miejskie bomby, był design, leżaki, fritzl cola, siedzenie na trawie, tłumy ludzi, dzieci, psów, rowerów i wszystko, co najbardziej lubimy w mieście, i nawet tęcza była. Ale niestety, choć cudawiankowy dzień w Gdyni był fantastyczny, a impreza należy do moich ulubionych, to jednak tym razem muszę napisać coś krytycznego o wczorajszym finale na plaży.

Otóż w tym roku organizatorzy podjęli fatalną decyzję o ogrodzeniu płotem większości plaży (w latach ubiegłych była to tylko część przed sceną).  Na płocie wisiały wielkie plansze z regulaminem i znaki z zakazem fotografowania.

Spowodowało to, że wszyscy, którzy przyszli – jak co roku – popiknikować i pokocykować słuchając z oddali propozycji muzycznych, stłoczyli się na małej części plaży dostępnej za płotem z ochroną. Pod sceną bawiło się kilka, może kilkanaście rzędów ludzi, a  za nimi pusty piasek, aż do płotu. Za płotem – jak co roku – na kocach i kurtkach siedziała cała masa doskonale bawiących się osób.

Widać to wyraźnie na filmie opublikowanym przez trojmiasto.pl, w kilku scenach, na przykład w 1:29. Cały film obejrzycie klikając w poniższy obrazek:

Jak pewnie zauważyliście, w pewnym momencie filmu uczestniczka imprezy mówi: „Tam w środku nie byłam, a tutaj każdy robi, co chce”.

No właśnie. Finał Cudawianków na plaży dla większości uczestniczek i uczestników zawsze był wielkim, fantastycznym, plażowym piknikiem, w którym muzyka na żywo stanowiła uzupełniające tło. Najważniejsze było wspólne siedzenie do białego rana. Niezależnie od gatunków i rodzajów występujących gwiazd, finał na plaży zawsze był fantastyczny.
Tym razem jednak plaża wyglądała jak coś w rodzaju festiwalu muzycznego. Sama wczoraj bawiłam się na kocu ze znajomymi, którzy w zdecydowanej większości prezentowaną na scenie muzykę oceniają słabo. A jednak przyszliśmy na plażę właśnie po to, żeby sobie popiknikować i przywitać lato wraz z tysiącem innych osób. Oprócz nas, w tym samym celu na plażę  przyszły – jak zawsze – dzikie tłumy ludzi.

Żeby nie było – wygrodzona strefa zawsze na Cudawiankach była, co w pełni zrozumiałe. Nigdy jednak strefa chroniona nie była aż tak duża, nie zajmowała większości plaży.

Grodzenie zabija poczucie wspólnoty, a w Cudawiankach nie o muzykę przecież chodzi. Pisałam już o tym TUTAJ – propozycje muzyczne w takiego rodzaju wydarzeniach mają tak naprawdę znaczenie drugorzędne.

Oczywiście było warto, Cudawianki to fantastyczna impreza. Ale jeśli w przyszłym roku dopisze pogoda, która wczoraj zapewne wygoniła z plaży wiele osób, może się okazać, że kawałek piasku za płotem to za mało, by wielki, wspólny piknik na powitanie lata w ogóle się udał.

Przeczytaj też, jak pikniki robi się w Brukseli.

Picnic The Street: jak ludzie walczą z samochodami i jak czasami się udaje

Obrazek

Podobno najbardziej zasamochodowanym miastem w Europie jest Mediolan (co nie dziwi, Włochy są najbardziej zmotoryzowanym krajem świata). Na drugim miejscu jest Bruksela.

W 2012 roku jeden z jej mieszkańców, znany lewicujący filozof, profesor Philippe Van Parijs, zainicjował oddolny ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa na rzecz zrównoważonego transportu i odzyskania przestrzeni miejskiej dla pieszych i rowerzystów. Opierając się na doświadczeniach z lat 70., kiedy w podobny sposób piknikującym ludziom udało się wymusić na władzach zlikwidowanie wielkiego parkingu na Wielkim Placu w Brukseli, zaprosił mieszkańców do zapiknikowania na Boulevard Anspach, która jest jedną z głównych arterii w mieście.

In Brussels and elsewhere, no major progress can be achieved without freeing large areas from traffic and parking, either permanently or at certain hours on certain days. Not only do cars kill pedestrians and cyclists, occasionally by knocking them down, but especially little by little,by injecting dirt in their lungs. In addition, they prevent them from enjoying their city, encumbering public space, disfiguring the landscape, flooding their ears with decibels. Driving around in an urban centre must cease to be the rule and become an exception only justifiable by a specific reason: the transport of heavy objects, for example, or of a disabled person.

– napisał Van Parjis w swoim wezwaniu, którego treść w całości znajdziecie tutaj. W ramach obywatelskiego nieposłuszeństwa przeciwko prosamochodowej polityce władz miasta, Van Parijs ogłosił, że zamierza na Boulevard Anspach piknikować, choćby go mieli zamknąć w więzieniu.

Odezwę od razu podchwyciły i opublikowały lokalne media. Rzecz jasna rozszedł się także w internecie.

W efekcie na piknik w samo południe, w niedzielę 10 czerwca 2012, przyszły ponad 2 tysiące ludzi. Siedząc na kocach zablokowali ruch samochodów na wiele godzin.

 

Krótko po tym wydarzeniu odbyły się jeszcze inne pikniki. Prawdę mówiąc, odbywają się do dziś.

Władze miasta od początku nie były, rzecz jasna, zadowolone z takiego obrotu sprawy i stanęły przed nie lada kłopotem. Po roku od pikniku przedstawiły jednak plan, aby na Boulevard Anspach znacząco zmienić proporcje pomiędzy strefami dla pieszych i dla samochodów – zwężając jezdnię i wytyczając część ulicy tylko dla pieszych.

Jednak w dłuższej perspektywie wydaje się, że akcja nie przyniosła spektakularnych rezultatów. Przed wszystkim dlatego, że władze wciąż robią miasto dla samochodów. Burmistrz Brukseli powiedział na przykład, że nie będzie nowych stref dla pieszych bez poprawy dostępności centrum dla samochodów. Blog City Geek cytuje:

For some it’s never enough, they are waging war against the car, but that is not my battle.

Pojawił się też plan wytyczenia dla samochodów pewnego rodzaju „obwodnicy” Boulevard Anspach przez sąsiednie, wąskie ulice i podwórka. W mieście planuje się nowe parkingi i wytycza nowe, dwupasmowe ulice. Krótko mówiąc, zamiast myśleć o zmianie charakteru miasta, o zrównoważonym transporcie, o wycofaniu gęstego ruchu z centrum, o poprawie komfortu życia pieszych i rowerzystów, decyzje wciąż podejmowane są z punktu widzenia kierowców i samochodów.

Ludzie jednak nie zapomnieli pikniku i wciąż próbują wywrzeć nacisk na władze miasta. Akcja przenosi się też w inne miejsca. Van Parijs wezwał na przykład mieszkańców do pikniku na rondzie Schumana w dzielnicy europejskiej. Jeśli jesteście tym zainteresowani, możecie obserwować akcję śledząc fanpage Picnic the Street lub konto na twitterze

***

Rzecz jasna bardzo mi to przypomina walkę o gdański Targ Węglowy, ale to temat na osobny wpis. Na razie, do przemyślenia, jeszcze jedno zdanie z manifestu Van Parijsa:

To shake off an irresponsible lethargy, a bit of gentle civil disobedience is more than legitimate.

 

Zdjęcie pochodzi z bloga Polis, autorem jest Laurent Vermeersch.

O burzeniu Detroit i co to ma wspólnego z Nową Wałową

futuramaMoją uwagę przykuła dziś informacja, że w Detroit rozpoczął się proces prowadzący do wyburzenia opustoszałych i zrujnowanych budynków. Może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że jest ich być może nawet 90 tysięcy, a burzenie może pochłonąć nawet miliard dolarów.

Dla niezorientowanych: Detroit jeszcze w latach 50. czy 60. XX wieku liczyło niemal dwa miliony mieszkańców. Wtedy też trwał w najlepsze boom motoryzacyjny i industrialny. Miasto zamieniło się w gigantyczny plac budowy, powstawały całe dzielnice i łączące je wielopasmowe drogi szybkiego ruchu. Przy okazji drogi te rozerwały na części najgęściej zaludnione miejsca, tworząc bariery dla zamieszkujących je ludzi.

W latach 70. w mieście wybuchły poważne zamieszki na tle rasistowskim. W ich wyniku wielu przedsiębiorców i białych mieszkańców opuściło centrum, przenosząc się na przedmieścia. Zmalała liczba miejsc pracy i popyt. To wtedy zaczął się proces wyludniania centrum miasta.

Puste budynki szybko stały się schronieniem idealnym dla gangów i przestępców, którzy zaczęli wręcz patrolować ulice. Zaczęła się także seria tragicznych podpaleń. Spowodowało to także znaczny spadek liczby turystów. W latach 80. Detroit było najbardziej niebezpiecznym miastem w USA, niektóre kraje wręcz przestrzegały przed podróżowaniem do miasta.

Dziś w Detroit mieszka 700 tys. osób. W zeszłym roku miasta ogłosiło bankructwo.

Co poszło źle?

Jak powinno wyglądać nowoczesne miasto? Gdyby zapytano mnie o to w przedszkolu, narysowałbym oczywiście wieżowce, pomiędzy którymi po przestronnych alejach pędzą samochody.

– napisał w poruszającym tekście o Detroit Wojciech Orliński.

Brzmi znajomo? To może jeszcze jeden fragment:

Ta wizja metropolii przyszłości ma konkretny pierwowzór. To projekt „Futurama” zademonstrowany przez General Motors podczas wystawy światowej w Nowym Jorku w 1939 r. Autorem był Norman Bel Geddes, autor książki „Magic Motorways” (Magiczne drogi) wydanej w 1940 r. Pochodzi z niej słynny cytat: „Kierowca przejeżdżający przez miasto nie ma więcej powodów, żeby się w tym mieście zatrzymać, niż samolot przelatujący nad tym miastem”.

Bel Geddes proponował zerwanie z tradycyjną formułą ulicy, z chodnikami, przejściami dla pieszych i skrzyżowaniami z sygnalizacją świetlną. Wolał, żeby drogi krzyżowały się bezkolizyjnie na wielopoziomowych węzłach, a piesi biegali nad nimi po kładkach. Pół wieku temu uważano, że taka jest przyszłość wielkich miast. Kraje rozwinięte od tego odchodzą, ale pozostaje to do dzisiaj standardowym modelem modernizacji miast Trzeciego Świata. Wieżowce i autostrady pasują do gigantomanii dyktatorów.

Czytałam ten tekst kręcąc głową z niedowierzaniem, ponieważ mam poczucie, że mówi coś o naszych (polskich i gdańskich) fantazjach o mieście dobrym. To też są fantazje o wysokościowcach, autostradach i bezkolizyjnych skrzyżowaniach, na których nie stoi się w korku. Zupełnie jakby miasta były w założeniu przestrzenią dla samochodów, a nie dla ludzi.

Fantazje te, niestety, są z dumą w Gdańsku realizowane.

Właśnie oddano do użytku Nową Wałową. Ulicę, która jest po prostu barierą przecinającą na dwie części integralną wcześniej przestrzeń postoczniową. Choć taką samą samą krzywdę zrobiono przed laty mojemu miastu budując „przelotowe” Podwale Przedmiejskie, które dosłownie rozerwało Śródmieście i spowodowało widoczną degradację Starego Przedmieścia i Dolnego Miasta, to jednak władze miasta nie widzą problemu, a wręcz uznają, że budowa DROGI jest… elementem rewitalizacji.

Ulica Nowa Wałowa będzie główną ulicą Młodego Miasta, a zatem kluczową  inwestycją w rewitalizacji terenów postoczniowych. Jej przebieg na estakadzie umożliwia podziwianie krajobrazu stoczniowego, tak bardzo związanego z tożsamością Gdańska

– to słowa Pawła Adamowicza z komunikatu o oddaniu pierwszego etapu Nowej Wałowej..

Budowa Nowej Wałowej to w opinii wielu osób porażka miasta. Sugestia Pawła Adamowicza, że tereny postoczniowe będziemy chcieli podziwiać z okna samochodu, jest też zwyczajnie smutna. Na razie Młode Miasto jeszcze nie powstało, ale spodziewam się, że mieszkańcy chcieliby raczej drugiej Kopenhagi, niż powtórki z Detroit, tym bardziej, że apetyt na rozwiązania przyjazne dla ludzi podsyciła sama osoba inwestora, którym jest duński właśnie BPTO.Gdybym była optymistką, powiedziałabym, że za kilka, może kilkanaście lat, Nowa Wałowa po prostu zniknie, albo stanie się nową High Line. Ale nie wiem.

Cóż, na razie do B90 i w pobliże żurawi trzeba będzie przełazić przez płoty, barierki, schody i błoto.

ObrazekPS O planach powstrzymania dalszej katastrofy Detroit, w tym o samych wyburzeniach, możecie przeczytać tutaj lub – po polsku – tutaj.  A przygnębiająca FUTURAMA do obejrzenia na youtube.

Dlaczego niektóre imprezy miejskie są fajniejsze od innych

Streetwaves Nie tylko pasywne/ stałe elementy miasta, takie jak infrastruktura czy architektura, służą dobremu samopoczuciu ludzi. Ważny jest także szeroko rozumiany „klimat”, pewna subiektywnie odczuwana „fajność”. Dla „klimatu” i „fajności” przestrzeń jest oczywiście bardzo ważna, ale nawet gdy ma ona swoje braki, „klimat” i „fajność”  zbudować można tym, co i jak miasto robi.

W klimacie i fajności chodzi o doświadczenie wspólnotowości i podmiotowości.  Dobrą, fajną, z fajnym klimatem imprezę miejską trzeba zrobić tak, żeby ludzie byli na niej razem.

Proste? Nie dla niektórych miast. Nie lubię stawiać Gdańska i Gdyni po dwóch stronach barykady, ale na potrzeby tej notki zrobię to bez oporów, przejaskrawiając w dodatku gdzie trzeba.

***

Cudawianki to impreza, która od kilku lat odbywa się w centrum Gdyni, ze szczególnym finałem na plaży miejskiej. Gdańsk zaś od wielu lat organizuje noc świętojańską (i wiele innych imprez) na Targu Węglowym.

Podobieństwa: obie imprezy są z założenia przeznaczone dla wszystkich mieszkańców i turystów, bezpłatne, egalitarne i przynajmniej w części nastawione na muzykę na żywo. Na obu są dzikie tłumy, na obu pije się alkohol, na obu grają podobnej skali i rangi artyści.

Różnice są jednak dramatyczne. Jest coś, co sprawia, że w Gdańsku imprezy masowe tego rodzaju przypominają zawsze małomiejski festyn, a Cudawianki to wielki, rodzinny piknik z wielogodzinnym przesiadywaniem na piasku.

Ta różnica wcale nie wynika z  wyboru muzyków. Artyści tak naprawdę nie mają wielkiego znaczenia. Pomijając niewielką grupę ścisłych fanów, zakładam się o spore pieniądze, że ludzie nie uczestniczą w tych imprezach dla tych, którzy stoją na scenie.

Cudawianki są fajne, bo to jest wielki, wspólny piknik. Imprezy w Gdańsku są natomiast „widowiskami”  bez pomysłu na wywołanie doświadczenia wspólnoty.  Nie ma w nich założenia, które powinno być nadrzędne w stosunku do ‚świętowania’ – że jesteśmy tam razem.

Powody? Po pierwsze, wszechobecna przypakowana ochrona, zakazy, barierki i ogrodzenia. Po drugie, grodzące wspólną przestrzeń namioty z piwem w plastikowych kubeczkach. Po trzecie, obowiązkowe pokazy sztucznych ogni i przemówienia. Po czwarte, brak okołoscenicznych, niszowych propozycji angażujących ludzi poza główną imprezą. Po piąte, lokalizacja na bruku/betonie i w pieszych ciągach komunikacyjnych – a nie „w miejscu docelowym”.

***

Przyjazna impreza miejska powinna przypominać wielki piknik – głównie po to, żeby przyciągnąć także ludzi niekoniecznie zainteresowanych koncertem wybranej gwiazdy czy też piciem piwa z plastikowego kubeczka. Powinna mieć do zaoferowania dużo nie tylko muzycznie czy wizualnie – bo umówmy się, nawet gwiazdy wielkości Kayah same w sobie nie przyciągną tysięcy.

Ludzie wybiorą się na miejską imprezę nawet jeśli poszczególne atrakcje składające się na nią będą z ich perspektywy nieciekawe. Na przykład warsztaty noszenia dziecka w chuście, joga czy tworzenie biżuterii z filcu nie są propozycjami dla każdego, ani nawet dla większości. A jednak są w stanie sprawić, że duża część ludzi spakuje  do toreb koce i pójdzie tam siedzieć, oglądać i uczestniczyć swoją obecnością.

Dlaczego? Bo idą inni.

Ba, jeśli  „znajomi idą”, wystarczy sam komunikat, że „zaczyna się w południe” bez większej orientacji w imprezowej ofercie. Znowu mogę się zakładać, tym razem o to, że gros uczestników Streetwaves dopiero na miejscu poznaje rozkład atrakcji, a idą, bo wiedzą, że „coś się dzieje”, że „zaczyna się w południe” i że „będą znajomi”. A potem i tak odpuszczają śledzenie większości mikrowydarzeń typu warsztaty chustowania, a jednak czują się spełnieni i zadowoleni z pełnego uczestnictwa.

Tego na miejskich eventach na jednym czy drugim Targu brakuje – zapełnienia dnia i propozycji towarzyszących.  W rezultacie ludzie przychodzą oglądać to, co na scenie, a potem idą do domu. Dostają zresztą pakiet sztuczne ognie, przemówienia, dwie artystyczne gwiazdy i „widowiska”. Czyli z założenia mamy coś obejrzeć i czegoś posłuchać, a nie uczestniczyć.

Ochrona i grodzenie przestrzeni to kolejne utrudnienie dla tych, którzy chcą spędzić czas wspólnie. Nie da się być razem w jednym miejscu i współuczestniczyć, jeśli przestrzeń jest pocięta na strefy barierkami pilnowanymi przez umundurowanych w zielone kamizelki ochroniarzy. „Namiot z piwem” to kolejne oddzielenie, kolejna strefa, do której się idzie coś załatwić, a nie wspólnie z innymi być.  Trochę jak imprezy w akademiku – niby ten sam budynek, niby można przejść z pokoju do pokoju, ale jednak ludzie rozdzielają się na podgrupki po pokojach i pełna integracja jest możliwa dopiero wtedy, gdy mieszkańców spędzi się do jednej, wspólnej sali. Widoczna i wyraźnie oznaczona, wyróżniająca się z tłumu ochrona to kolejny problem z tego samego cyklu – nie da się poczuć luzu ani swobodnie zachowywać w miejscu, gdzie wszędzie wokół surowym wzrokiem straszą smutni panowie, którym lepiej na wszelki wypadek zejść z oczu.

Kolejny problem to miejsce imprezy. Każdy kto był na koncercie w zatłoczonym klubie wie, że najgorsze możliwe miejsce to w przejściu do toalety. Nie da się uczestniczyć w koncercie w pełni, jeśli co minutę przepychają się obok ludzie. Tymczasem Targ Węglowy i Długi Targ to w Gdańsku właśnie takie przejścia do toalety – główne ciągi komunikacyjne w centrum. Ogromna większość ludzi jest tam nie dlatego, że przyszli na koncert, tylko dlatego, że te miejsca akurat wypadają im po drodze. Owszem, przystaną na chwilę, popatrzą na scenę, a potem pójdą dalej, przepychając się między resztą zgromadzonych. Znowu – nie przyszli tam, żeby być razem, przyszli, żeby popatrzeć na scenę i zaraz idą dalej. Albo wręcz impreza wypada w przejściu z punkt A do punktu B.

Ten problem potęguje jeszcze praktyczny brak możliwości zajęcia wygodnego miejsca do współuczestniczenia w wydarzeniu z grupą, z którą się przyszło. Na Targu Węglowym albo pod sceną na Długim Targu można co najwyżej postać – przodem do sceny, tyłem i bokiem do twarzy innych ludzi. Można też iść dalej i spróbować znaleźć miejsce… na ławce, na schodach na murku. Tylko że wszystkie te propozycje utrudniają kontakt, bo na ławce i na schodach też nie siedzi się w kole, razem, tylko obok.

Byliście kiedyś na pikniku? Ludzie zawsze siadają w kole, twarzami do siebie. To najbardziej naturalne forma bycia w grupie. Ludzie ustawiają się tak nawet nie znając się nawzajem – na przykład w zatłoczonej windzie. Z tego samego powodu gdy zapraszamy do domu gości, to nie siedzimy potem w czwórkę w rzędzie na jednej kanapie.

Wybór Targu Węglowego i Długiego Targu jest zatem również dlatego chybiony, że nie ma tam ani skrawka przestrzeni, w której przybyli na miejsce znajomi mogą pobyć ze sobą. Doskonale widać tę potrzebę na Cudawiankach – pod sceną ustawia się może 5, może 10 procent ludzi, reszta po porostu siedzi w kupkach na piasku. W Gdańsku to ogólnie większy problem –  generalnie nie ma gdzie usiąść. O tym – szerzej –  już wkrótce.

 ***

Podsumowując, przepis na dobrą imprezę miejską: trzeba sprawić, że uczestnicy będą się dobrze czuli, a ponieważ ludzie czują się dobrze, gdy spędzają czas z innymi ludźmi,  imprezy powinny przede wszystkim sprzyjać byciu razem. I wtedy nawet mało atrakcyjne lub niezrozumiałe propozycje narzucone przez organizatorów mają znaczenie drugorzędne.