Podwórka w Gdańsku i co powinniśmy z nimi zrobić

Typowe gdańskie podwórko” W całym Gdańsku jest 850 podwórek. 368 z nich zostało już wydzierżawionych, a 182 wykupionych przez wspólnoty mieszkaniowe. Pozostałymi zajmuje się Gdański Zarząd Nieruchomości Komunalnych” – informuje GW Trójmiasto.

Na podwórkach, jak nietrudno się domyślić, dominują: dziury, błoto, krzaki, zalegające śmieci z gruzem, psie kupy, rzadkie połamane ławki i zdezelowane piaskownice czy zardzewiałe trzepaki oraz, rzecz jasna, parkujące samochody. Przesadzam i generalizuję, ale tylko trochę.

Miasto chce podwórka oddać w ręce mieszkańców. Idea jest następująca:  mamy te podwórka, nie mamy czasu/pieniędzy/ludzi/ochoty, żeby się  nimi zajmować, sprzedajmy lub wydzierżawmy komuś, kto to zrobi.

Debata na temat podwórek trwa już jakiś czas. Część osób jest za. Mówią – to dobry pomysł, ludzie sami zajmą się podwórkami; lepiej, żeby ktoś to zrobił, skoro miasto nie może/ nie chce/ jakkolwiek. Inni mówią: podwórka to część miasta, powinny być ładne i zadbane; miasto zrzuca odpowiedzialność na ludzi, których często na dobre rozwiązania nie stać.

Inny wątek jest taki, że wspólnoty – jak to w Polsce – chcą podwórka zamykać, grodzić i zabezpieczać przed intruzami oraz robić tam parkingi. Bo włażą pijaki i siedzą na tych piaskownicach. Tu pojawia się (polski i południowoafrykański) mit o rzekomym bezpieczeństwie w miejscach ogrodzonych oraz że skoro moje, to mogę zamykać i nie wpuszczać obcych.

Kolejny fakt, o którym trzeba sobie powiedzieć przy okazji tych gdańskich podwórek, to typowy w Polsce całkowity brak elementarnego wyczucia estetyki i ładu przestrzennego połączony z umiłowaniem brzydoty, pastelozy i gigantomanią. Do tego zerowa wiedza nazwijmy to społeczna i miłość do płotów i barier, czyli wspomniane grodzenie.

Co to jest Placemaking?

W latach 70. amerykańsku urbanista i dziennikarz William H. Whyte pracował w komisji planowania przestrzennego w Nowym Jorku, gdzie przeprowadził inspirujące wielu następców badania ludzkich zachowań w przestrzeniach zurbanizowanych. Jego obserwacje posłużyły do opracowania ‚Street Life Project”, analizy zachowań ludzi i dynamiki miasta.

Wyszło mu między innymi, uwaga, że miasta trzeba planować dla ludzi, a nie dla samochodów i galerii handlowych.

Na podstawie i pod wpływem jego przemyśleń, badań i prac narodził się ruch zwany Placemakingiem.

Placemaking to pewne specyficzne podejście do planowania, projektowania i zarządzania przestrzenią publiczną. Zaczęło być jasne, że krajobraz i przestrzeń w mieście mogą przyciągać ludzi do spędzania czasu. Że place, parki, nabrzeża, skwerki i ulice powinny być ładne i przyjazne dla ludzi.

Ale Placemaking zakłada też, że inspirowanie lokalnych społeczności, wykorzystanie ich potencjału do planowania i tworzenia wspólnych przestrzeni publicznych, sprzyja szczęściu i dobremu samopoczuciu ludzi w miastach. To pewnie brzmi dla wielu jak herezja, ale nie da się zaprojektować dobrej przestrzeni nie biorąc pod uwagę głosu i potrzeb ludzi, którzy mieszkają obok. Ba, że trzeba angażować ludzi do zmian w przestrzeni, bo inaczej trudno jest osiągnąć świetne efekty (rozumiane nie jako materialny zysk, ale jako dobrostan ludzi).

Mówiąc najprościej, nawet najpiękniejsze parki bywają całkiem puste, jeśli powstają w oderwaniu od potrzeb ludzi, którzy w okolicy pracują czy mieszkają. Potrzebna jest współpraca instytucji, projektantów i odbiorców.

Jak to się ma do gdańskich podwórek?

Żeby zrobić naprawdę dobrą przestrzeń, w której ludzie będą chcieli spędzać czas i z której będą zadowoleni, nie wystarczy oddać im podwórek w swoje ręce. Między innymi z powodów, o których napisałam powyżej. Ale można zrobić coś innego – zaprosić ich do współpracy, wypracować wspólne pomysły, pomóc w realizacji.

W Budapeszcie działa projekt Supercity Community Gardens. Polega na wykorzystaniu podwórek i miejskich nieużytków pomiędzy blokami – niezależnie od ich własności – do tworzenia miejskich ogrodów. Idea jest banalna. Sąsiedzi sprzątają podwórko, sadzą rośliny, jakie tylko chcą, ogródek jest ogólnodostępny albo zamknięty. Zyskują wszyscy – miasto (bo podwórka są ładne i zadbane), mieszkańcy (bo nie muszą jechać milion kilometrów na działkę czy sadzić ziół na parapecie oraz oszczędzają pieniądze), właściciele (bo ceny nieruchomości i ziemi rosną), turyści (bo to jest ładne, ciekawe i warte obejrzenia oraz nie ma wstydu, jak się ktoś zapuści za róg).

Wartość dodana? Sąsiedzi spędzając ze sobą czas przy tych ogródkach zaczynają się poznawać i tworzą prawdziwą społeczność. Skutkuje to również wzrostem bezpieczeństwa.

Proste?

 

O burzeniu Detroit i co to ma wspólnego z Nową Wałową

futuramaMoją uwagę przykuła dziś informacja, że w Detroit rozpoczął się proces prowadzący do wyburzenia opustoszałych i zrujnowanych budynków. Może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że jest ich być może nawet 90 tysięcy, a burzenie może pochłonąć nawet miliard dolarów.

Dla niezorientowanych: Detroit jeszcze w latach 50. czy 60. XX wieku liczyło niemal dwa miliony mieszkańców. Wtedy też trwał w najlepsze boom motoryzacyjny i industrialny. Miasto zamieniło się w gigantyczny plac budowy, powstawały całe dzielnice i łączące je wielopasmowe drogi szybkiego ruchu. Przy okazji drogi te rozerwały na części najgęściej zaludnione miejsca, tworząc bariery dla zamieszkujących je ludzi.

W latach 70. w mieście wybuchły poważne zamieszki na tle rasistowskim. W ich wyniku wielu przedsiębiorców i białych mieszkańców opuściło centrum, przenosząc się na przedmieścia. Zmalała liczba miejsc pracy i popyt. To wtedy zaczął się proces wyludniania centrum miasta.

Puste budynki szybko stały się schronieniem idealnym dla gangów i przestępców, którzy zaczęli wręcz patrolować ulice. Zaczęła się także seria tragicznych podpaleń. Spowodowało to także znaczny spadek liczby turystów. W latach 80. Detroit było najbardziej niebezpiecznym miastem w USA, niektóre kraje wręcz przestrzegały przed podróżowaniem do miasta.

Dziś w Detroit mieszka 700 tys. osób. W zeszłym roku miasta ogłosiło bankructwo.

Co poszło źle?

Jak powinno wyglądać nowoczesne miasto? Gdyby zapytano mnie o to w przedszkolu, narysowałbym oczywiście wieżowce, pomiędzy którymi po przestronnych alejach pędzą samochody.

– napisał w poruszającym tekście o Detroit Wojciech Orliński.

Brzmi znajomo? To może jeszcze jeden fragment:

Ta wizja metropolii przyszłości ma konkretny pierwowzór. To projekt „Futurama” zademonstrowany przez General Motors podczas wystawy światowej w Nowym Jorku w 1939 r. Autorem był Norman Bel Geddes, autor książki „Magic Motorways” (Magiczne drogi) wydanej w 1940 r. Pochodzi z niej słynny cytat: „Kierowca przejeżdżający przez miasto nie ma więcej powodów, żeby się w tym mieście zatrzymać, niż samolot przelatujący nad tym miastem”.

Bel Geddes proponował zerwanie z tradycyjną formułą ulicy, z chodnikami, przejściami dla pieszych i skrzyżowaniami z sygnalizacją świetlną. Wolał, żeby drogi krzyżowały się bezkolizyjnie na wielopoziomowych węzłach, a piesi biegali nad nimi po kładkach. Pół wieku temu uważano, że taka jest przyszłość wielkich miast. Kraje rozwinięte od tego odchodzą, ale pozostaje to do dzisiaj standardowym modelem modernizacji miast Trzeciego Świata. Wieżowce i autostrady pasują do gigantomanii dyktatorów.

Czytałam ten tekst kręcąc głową z niedowierzaniem, ponieważ mam poczucie, że mówi coś o naszych (polskich i gdańskich) fantazjach o mieście dobrym. To też są fantazje o wysokościowcach, autostradach i bezkolizyjnych skrzyżowaniach, na których nie stoi się w korku. Zupełnie jakby miasta były w założeniu przestrzenią dla samochodów, a nie dla ludzi.

Fantazje te, niestety, są z dumą w Gdańsku realizowane.

Właśnie oddano do użytku Nową Wałową. Ulicę, która jest po prostu barierą przecinającą na dwie części integralną wcześniej przestrzeń postoczniową. Choć taką samą samą krzywdę zrobiono przed laty mojemu miastu budując „przelotowe” Podwale Przedmiejskie, które dosłownie rozerwało Śródmieście i spowodowało widoczną degradację Starego Przedmieścia i Dolnego Miasta, to jednak władze miasta nie widzą problemu, a wręcz uznają, że budowa DROGI jest… elementem rewitalizacji.

Ulica Nowa Wałowa będzie główną ulicą Młodego Miasta, a zatem kluczową  inwestycją w rewitalizacji terenów postoczniowych. Jej przebieg na estakadzie umożliwia podziwianie krajobrazu stoczniowego, tak bardzo związanego z tożsamością Gdańska

– to słowa Pawła Adamowicza z komunikatu o oddaniu pierwszego etapu Nowej Wałowej..

Budowa Nowej Wałowej to w opinii wielu osób porażka miasta. Sugestia Pawła Adamowicza, że tereny postoczniowe będziemy chcieli podziwiać z okna samochodu, jest też zwyczajnie smutna. Na razie Młode Miasto jeszcze nie powstało, ale spodziewam się, że mieszkańcy chcieliby raczej drugiej Kopenhagi, niż powtórki z Detroit, tym bardziej, że apetyt na rozwiązania przyjazne dla ludzi podsyciła sama osoba inwestora, którym jest duński właśnie BPTO.Gdybym była optymistką, powiedziałabym, że za kilka, może kilkanaście lat, Nowa Wałowa po prostu zniknie, albo stanie się nową High Line. Ale nie wiem.

Cóż, na razie do B90 i w pobliże żurawi trzeba będzie przełazić przez płoty, barierki, schody i błoto.

ObrazekPS O planach powstrzymania dalszej katastrofy Detroit, w tym o samych wyburzeniach, możecie przeczytać tutaj lub – po polsku – tutaj.  A przygnębiająca FUTURAMA do obejrzenia na youtube.

Dlaczego niektóre imprezy miejskie są fajniejsze od innych

Streetwaves Nie tylko pasywne/ stałe elementy miasta, takie jak infrastruktura czy architektura, służą dobremu samopoczuciu ludzi. Ważny jest także szeroko rozumiany „klimat”, pewna subiektywnie odczuwana „fajność”. Dla „klimatu” i „fajności” przestrzeń jest oczywiście bardzo ważna, ale nawet gdy ma ona swoje braki, „klimat” i „fajność”  zbudować można tym, co i jak miasto robi.

W klimacie i fajności chodzi o doświadczenie wspólnotowości i podmiotowości.  Dobrą, fajną, z fajnym klimatem imprezę miejską trzeba zrobić tak, żeby ludzie byli na niej razem.

Proste? Nie dla niektórych miast. Nie lubię stawiać Gdańska i Gdyni po dwóch stronach barykady, ale na potrzeby tej notki zrobię to bez oporów, przejaskrawiając w dodatku gdzie trzeba.

***

Cudawianki to impreza, która od kilku lat odbywa się w centrum Gdyni, ze szczególnym finałem na plaży miejskiej. Gdańsk zaś od wielu lat organizuje noc świętojańską (i wiele innych imprez) na Targu Węglowym.

Podobieństwa: obie imprezy są z założenia przeznaczone dla wszystkich mieszkańców i turystów, bezpłatne, egalitarne i przynajmniej w części nastawione na muzykę na żywo. Na obu są dzikie tłumy, na obu pije się alkohol, na obu grają podobnej skali i rangi artyści.

Różnice są jednak dramatyczne. Jest coś, co sprawia, że w Gdańsku imprezy masowe tego rodzaju przypominają zawsze małomiejski festyn, a Cudawianki to wielki, rodzinny piknik z wielogodzinnym przesiadywaniem na piasku.

Ta różnica wcale nie wynika z  wyboru muzyków. Artyści tak naprawdę nie mają wielkiego znaczenia. Pomijając niewielką grupę ścisłych fanów, zakładam się o spore pieniądze, że ludzie nie uczestniczą w tych imprezach dla tych, którzy stoją na scenie.

Cudawianki są fajne, bo to jest wielki, wspólny piknik. Imprezy w Gdańsku są natomiast „widowiskami”  bez pomysłu na wywołanie doświadczenia wspólnoty.  Nie ma w nich założenia, które powinno być nadrzędne w stosunku do ‚świętowania’ – że jesteśmy tam razem.

Powody? Po pierwsze, wszechobecna przypakowana ochrona, zakazy, barierki i ogrodzenia. Po drugie, grodzące wspólną przestrzeń namioty z piwem w plastikowych kubeczkach. Po trzecie, obowiązkowe pokazy sztucznych ogni i przemówienia. Po czwarte, brak okołoscenicznych, niszowych propozycji angażujących ludzi poza główną imprezą. Po piąte, lokalizacja na bruku/betonie i w pieszych ciągach komunikacyjnych – a nie „w miejscu docelowym”.

***

Przyjazna impreza miejska powinna przypominać wielki piknik – głównie po to, żeby przyciągnąć także ludzi niekoniecznie zainteresowanych koncertem wybranej gwiazdy czy też piciem piwa z plastikowego kubeczka. Powinna mieć do zaoferowania dużo nie tylko muzycznie czy wizualnie – bo umówmy się, nawet gwiazdy wielkości Kayah same w sobie nie przyciągną tysięcy.

Ludzie wybiorą się na miejską imprezę nawet jeśli poszczególne atrakcje składające się na nią będą z ich perspektywy nieciekawe. Na przykład warsztaty noszenia dziecka w chuście, joga czy tworzenie biżuterii z filcu nie są propozycjami dla każdego, ani nawet dla większości. A jednak są w stanie sprawić, że duża część ludzi spakuje  do toreb koce i pójdzie tam siedzieć, oglądać i uczestniczyć swoją obecnością.

Dlaczego? Bo idą inni.

Ba, jeśli  „znajomi idą”, wystarczy sam komunikat, że „zaczyna się w południe” bez większej orientacji w imprezowej ofercie. Znowu mogę się zakładać, tym razem o to, że gros uczestników Streetwaves dopiero na miejscu poznaje rozkład atrakcji, a idą, bo wiedzą, że „coś się dzieje”, że „zaczyna się w południe” i że „będą znajomi”. A potem i tak odpuszczają śledzenie większości mikrowydarzeń typu warsztaty chustowania, a jednak czują się spełnieni i zadowoleni z pełnego uczestnictwa.

Tego na miejskich eventach na jednym czy drugim Targu brakuje – zapełnienia dnia i propozycji towarzyszących.  W rezultacie ludzie przychodzą oglądać to, co na scenie, a potem idą do domu. Dostają zresztą pakiet sztuczne ognie, przemówienia, dwie artystyczne gwiazdy i „widowiska”. Czyli z założenia mamy coś obejrzeć i czegoś posłuchać, a nie uczestniczyć.

Ochrona i grodzenie przestrzeni to kolejne utrudnienie dla tych, którzy chcą spędzić czas wspólnie. Nie da się być razem w jednym miejscu i współuczestniczyć, jeśli przestrzeń jest pocięta na strefy barierkami pilnowanymi przez umundurowanych w zielone kamizelki ochroniarzy. „Namiot z piwem” to kolejne oddzielenie, kolejna strefa, do której się idzie coś załatwić, a nie wspólnie z innymi być.  Trochę jak imprezy w akademiku – niby ten sam budynek, niby można przejść z pokoju do pokoju, ale jednak ludzie rozdzielają się na podgrupki po pokojach i pełna integracja jest możliwa dopiero wtedy, gdy mieszkańców spędzi się do jednej, wspólnej sali. Widoczna i wyraźnie oznaczona, wyróżniająca się z tłumu ochrona to kolejny problem z tego samego cyklu – nie da się poczuć luzu ani swobodnie zachowywać w miejscu, gdzie wszędzie wokół surowym wzrokiem straszą smutni panowie, którym lepiej na wszelki wypadek zejść z oczu.

Kolejny problem to miejsce imprezy. Każdy kto był na koncercie w zatłoczonym klubie wie, że najgorsze możliwe miejsce to w przejściu do toalety. Nie da się uczestniczyć w koncercie w pełni, jeśli co minutę przepychają się obok ludzie. Tymczasem Targ Węglowy i Długi Targ to w Gdańsku właśnie takie przejścia do toalety – główne ciągi komunikacyjne w centrum. Ogromna większość ludzi jest tam nie dlatego, że przyszli na koncert, tylko dlatego, że te miejsca akurat wypadają im po drodze. Owszem, przystaną na chwilę, popatrzą na scenę, a potem pójdą dalej, przepychając się między resztą zgromadzonych. Znowu – nie przyszli tam, żeby być razem, przyszli, żeby popatrzeć na scenę i zaraz idą dalej. Albo wręcz impreza wypada w przejściu z punkt A do punktu B.

Ten problem potęguje jeszcze praktyczny brak możliwości zajęcia wygodnego miejsca do współuczestniczenia w wydarzeniu z grupą, z którą się przyszło. Na Targu Węglowym albo pod sceną na Długim Targu można co najwyżej postać – przodem do sceny, tyłem i bokiem do twarzy innych ludzi. Można też iść dalej i spróbować znaleźć miejsce… na ławce, na schodach na murku. Tylko że wszystkie te propozycje utrudniają kontakt, bo na ławce i na schodach też nie siedzi się w kole, razem, tylko obok.

Byliście kiedyś na pikniku? Ludzie zawsze siadają w kole, twarzami do siebie. To najbardziej naturalne forma bycia w grupie. Ludzie ustawiają się tak nawet nie znając się nawzajem – na przykład w zatłoczonej windzie. Z tego samego powodu gdy zapraszamy do domu gości, to nie siedzimy potem w czwórkę w rzędzie na jednej kanapie.

Wybór Targu Węglowego i Długiego Targu jest zatem również dlatego chybiony, że nie ma tam ani skrawka przestrzeni, w której przybyli na miejsce znajomi mogą pobyć ze sobą. Doskonale widać tę potrzebę na Cudawiankach – pod sceną ustawia się może 5, może 10 procent ludzi, reszta po porostu siedzi w kupkach na piasku. W Gdańsku to ogólnie większy problem –  generalnie nie ma gdzie usiąść. O tym – szerzej –  już wkrótce.

 ***

Podsumowując, przepis na dobrą imprezę miejską: trzeba sprawić, że uczestnicy będą się dobrze czuli, a ponieważ ludzie czują się dobrze, gdy spędzają czas z innymi ludźmi,  imprezy powinny przede wszystkim sprzyjać byciu razem. I wtedy nawet mało atrakcyjne lub niezrozumiałe propozycje narzucone przez organizatorów mają znaczenie drugorzędne.

O architektach, którzy budynki zasłaniają reklamami

Wielki baner na zabytku przy Złotej Bramie zawiesiło… Stowarzyszenie Architektów Polskich” – podaje Gazeta Wyborcza Trójmiasto.

Szmata reklamowa zasłania administrowany przez SARP Dwór Bractwa Św. Jerzego.  Pod szmatą jest, rzecz jasna, niekończący się remont. Dla Gazety mówi Stefan Ciecholewski, prezes Stowarzyszenia Architektów Polskich oddział Wybrzeże.

Montując reklamę chcemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – zrobić prace wykończeniowe i zarobić na reklamie. Nie ukrywam, że remonty są bardzo kosztowne. Mamy szereg bolączek, to stary dwór i co chwila trzeba coś robić. Nie wiem do kiedy reklama będzie wisiała. Jak skończą się prace to reklama zostanie zdjęta. Nie musimy mieć żadnej zgody, bo to jest kontynuacja prac. Na takie działania nie trzeba mieć pozwolenia od konserwatora.

Ciekawe, bo rzecznik konserwatora zabytków powiedział Gazecie, że reklama wisi nielegalnie. Bynajmniej nie dlatego, że nie wolno wieszać szmat na zabytkach – po prostu nie wpłynęło w tej sprawie odpowiednie pismo. Z wypowiedzi wynika więc, że jednak trzeba mieć pozwolenie od konserwatora.

Mam jednak przypuszczenie graniczące z pewnością, że pozwolenie zostałoby udzielone.

W Gazecie wypowiada się też  miasto w osobie Andrzeja Ducha, dyrektora Wydziału Urbanistyki Architektury i Ochrony Zabytków:

– Reklamy zamieszczane na rusztowaniach, jako siatki zabezpieczające podczas prowadzonych prac remontowych są powszechną praktyką, nie tylko w Gdańsku

Niestety.

Szlag mnie trafia przez fakt, że ciało, którego statutowym celem jest „dbałość o jakość architektury i środowiska – zbudowanego oraz naturalnego – pojmowanych jako interes publiczny zakrywa sobie ohydną szmatą jeden z najbardziej reprezentacyjnych zabytków w mieście. Cytat pochodzi z punktu „cele” statutu SARP. Dokument wykazuje, że cele owe są realizowane poprzez, między innymi,

1. promowanie jakości architektury i ładu przestrzennego środowiska zbudowanego i naturalnego,

oraz

14. występowanie – jako strona – w postępowaniach dotyczących interesu publicznego jakim jest jakość architektury i ochrona środowiska zbudowanego i naturalnego, w tym w szczególności:

* aktywny udział w tworzeniu przepisów prawa dotyczących polityki przestrzennej, w szczególności miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego (…)

To tylko fragmenty statutu, całość  możecie przeczytać na stronie SARP.

No i jak to się ma do zawieszania zabytków szmatami? Bo spodziewałabym się raczej, że takie ciało, o takich celach, będzie stale lobbować na przykład za całkowitym zlikwidowaniem reklam w przestrzeni miejskiej.

Co gorsza, jak sam przyznał cytowany powyżej prezes SARP, w budynku „co chwila trzeba coś robić”. Mówi też wyraźnie o dwóch celach szmaty – i remont, i kasa. Znaczy, reklama wisiała będzie stale?

Podsumowując, instytucja niezależna, skupiająca profesjonalistów, osoby z założenia uwrażliwione na wygląd miejskiej tkanki, której to instytucji nadrzędnym celem jest dbałość o jakość przestrzeni, wiesza szmatę na zabytkowym zabytku, a miasto konstatuje, że przecież nic złego się nie dzieje, wszak to powszechna praktyka.

Co więc powinniśmy zrobić?

Wymusić na SARP natychmiastowe zdjęcie reklamy. I w ogóle usunąć z miasta wszystkie reklamy.

Bajka pierwsza – o mieście, w którym są miliony ludzi, a nie ma ani jednej reklamy

Sao Paulo bez reklamDawno dawno temu, za górami, za lasami…

… a konkretnie w 2006 roku w Sao Paulo w Brazylii, burmistrz Gilberto Kassab – autorytarnie i wbrew większości – wprowadził prawo Lei Cidade Limpa, które zdelegalizowało reklamy w przestrzeni miejskiej. WSZYSTKIE reklamy – billboardy, szyldy, ulotki, plakaty, city lighty, oklejki na autobusach, ekrany LCD nad ulicami, trójwymiarowe instalacje i co tam sobie jeszcze możecie wyobrazić.

Reklamy zaśmiecają przestrzeń.  Kassab uznał, że jako władza ma obowiązek walczyć o czystość w zarządzanym przez siebie mieście. Czystość rozumianą nie tylko jako ograniczenie zanieczyszczenia atmosfery, obniżenie poziomu hałasu czy sprzątanie śmieci, ale również jako brak zanieczyszczenia wizualnego.

Usunięcie reklam stało się nawet ważniejsze, niż walka z pozostałym ‚brudem’.  Dlaczego? Kassab uznał, że reklama sama w sobie nie niesie za sobą żadnej pozytywnej wartości dla ludzi. O ile można zrozumieć np. zwiększenie emisji spalin spowodowane koniecznością istnienia samochodów, o tyle żadna wyższa konieczność nie stoi za umieszczaniem reklam.

Zniknęło 15 tysięcy billboardów. Ludzie poczuli się jak w zupełnie innym, nowym mieście.

Skutki? Po pierwsze, agencje reklamowe przerzuciły swoje siły kreatywne na inne fronty, stawiając na interakcje, zamiast na bombardowanie wizualne  – flashmoby, imprezy, akcje społeczne, wszelkie guerilla marketing, reklamy przeniosły się też do internetu.  Lalai Luna, współzałożycielka agencji reklamowej Remix, powiedziała w wywiadzie dla Financial Times :

São Paulo started having a lot more guerilla marketing and it gave a lot of power to online and social media campaigns as a new way to interact with people.

Po drugie, okazało się, że lokalny biznes wcale na tym nie stracił, wszak reklama outdoorowa nie przynosi niemal żadnych efektów. Jeśli nie wierzycie, spróbujcie wymienić pięć reklam, które widzieliście dziś na mieście. Anna Freitag, marketing manager z Hewlett-Packard Brazil, powiedziała, że jej firma nigdy nie sądziła, że reklama na billboardach może być tak nieefektywna, dopóki nie stała się nielegalna:

A billboard is media on the road. In rational purchases it means less effectiveness… as people are involved in so many things that it makes it difficult to execute the call to action.

Po trzecie, co jest dla mnie dowodem ostatecznym, od tego czasu ponad 100 miast w Brazylii poszło śladem Sao Paulo, a poparcie dla tej decyzji wśród mieszkańców miasta wynosi ponad 70 procent. Stało się tak, chociaż wraz z niszczeniem brudu usunięto też, niestety, na przykład wartościowe murale.

Media pisały o jeszcze jednym ważnym społecznie skutku, mówi o tym na przykład Vinicius Valvao, brazylijski reporter – za kolorowymi reklamami umieszczonych było wiele miejsc wstydu, na przykład dzikich fabryk w fawelach. Usunięcie reklam odsłoniło więc wiele ukrytych wcześniej problemów, które trzeba było teraz rozwiązać.

Brazylia była pierwsza, ale fala się rozlewa. Reklam nie ma już w Santa Monica w USA, cztery stany zakazują billboardów – Vermont, Alaska, Hawaje i Maine – znaczne ograniczenia wprowadziły władze Toronto, gdzie od 2010 roku reklamodawcy muszą płacić wysokie podatki od reklam,  a wiele innych miast, np. Paryż, określa maksymalną liczbę i powierzchnię reklam.

Gdańsk, w którym przyszło mi mieszkać, jest obrzydliwie zaśmiecony reklamami. Na trasach przelotowych pomiędzy dzielnicami trudno znaleźć choćby jedno miejsce bez billboardów w zasięgu wzroku. Na budynkach w reprezentacyjnych częściach miasta miesiącami i latami wiszą obrzydliwe, wielkoformatowe szmaty. Na obrzeżach i w małych dzielnicach wszystkie płoty zalepione są bannerami lokalnych myjni, warsztatów, fryzjerów i sklepów spożywczo-przemysłowych, a nad tymi płotami górują jak drzewa ogromne, podświetlane billboardy.  Nie będę nawet wspominać o Warszawie, Krakowie czy innych miejscach w kraju, sami widzicie je na co dzień.

Co więc powinniśmy zrobić?

Usunąć z przestrzeni miejskiej absolutnie wszystkie reklamy. Zdemontować billboardy, zlikwidować reklamy na przystankach, zdemontować LCD we Wrzeszczu, zdjąć szmaty z budynków przy Wałach Jagiellońskich, zabronić wieszania bannerów na płotach. Wyznaczyć jasne i proste zasady oznaczania wszystkich miejsc, w których działają firmy. Ustalić  we współpracy z grafikami, architektami i urbanistami rozmiary tablic informacyjnych i zasady ich ekspozycji. Uważam, że koszt operacji sprzątania powinno pokryć miasto.

Na koniec prośba do sceptyków.  Gdy następnym razem będziecie poruszać się po swoim mieście, na przykład przejeżdżać z domu do pracy, spróbujcie spojrzeć na przestrzeń pod kątem tego wpisu i wyobrazić sobie, że na trasie nie ma ani jednej reklamy. Mnie najmocniej to uderzyło, gdy jechałam z centrum przez Piecki Migowo na Matarnię, kiedy zjeżdżałam Rakoczego i Potokową w stronę Słowackiego, i cały piękny widok na Niedźwiednik zanieczyszczony był bannerami.