Podwórka w Gdańsku i co powinniśmy z nimi zrobić

Typowe gdańskie podwórko” W całym Gdańsku jest 850 podwórek. 368 z nich zostało już wydzierżawionych, a 182 wykupionych przez wspólnoty mieszkaniowe. Pozostałymi zajmuje się Gdański Zarząd Nieruchomości Komunalnych” – informuje GW Trójmiasto.

Na podwórkach, jak nietrudno się domyślić, dominują: dziury, błoto, krzaki, zalegające śmieci z gruzem, psie kupy, rzadkie połamane ławki i zdezelowane piaskownice czy zardzewiałe trzepaki oraz, rzecz jasna, parkujące samochody. Przesadzam i generalizuję, ale tylko trochę.

Miasto chce podwórka oddać w ręce mieszkańców. Idea jest następująca:  mamy te podwórka, nie mamy czasu/pieniędzy/ludzi/ochoty, żeby się  nimi zajmować, sprzedajmy lub wydzierżawmy komuś, kto to zrobi.

Debata na temat podwórek trwa już jakiś czas. Część osób jest za. Mówią – to dobry pomysł, ludzie sami zajmą się podwórkami; lepiej, żeby ktoś to zrobił, skoro miasto nie może/ nie chce/ jakkolwiek. Inni mówią: podwórka to część miasta, powinny być ładne i zadbane; miasto zrzuca odpowiedzialność na ludzi, których często na dobre rozwiązania nie stać.

Inny wątek jest taki, że wspólnoty – jak to w Polsce – chcą podwórka zamykać, grodzić i zabezpieczać przed intruzami oraz robić tam parkingi. Bo włażą pijaki i siedzą na tych piaskownicach. Tu pojawia się (polski i południowoafrykański) mit o rzekomym bezpieczeństwie w miejscach ogrodzonych oraz że skoro moje, to mogę zamykać i nie wpuszczać obcych.

Kolejny fakt, o którym trzeba sobie powiedzieć przy okazji tych gdańskich podwórek, to typowy w Polsce całkowity brak elementarnego wyczucia estetyki i ładu przestrzennego połączony z umiłowaniem brzydoty, pastelozy i gigantomanią. Do tego zerowa wiedza nazwijmy to społeczna i miłość do płotów i barier, czyli wspomniane grodzenie.

Co to jest Placemaking?

W latach 70. amerykańsku urbanista i dziennikarz William H. Whyte pracował w komisji planowania przestrzennego w Nowym Jorku, gdzie przeprowadził inspirujące wielu następców badania ludzkich zachowań w przestrzeniach zurbanizowanych. Jego obserwacje posłużyły do opracowania ‚Street Life Project”, analizy zachowań ludzi i dynamiki miasta.

Wyszło mu między innymi, uwaga, że miasta trzeba planować dla ludzi, a nie dla samochodów i galerii handlowych.

Na podstawie i pod wpływem jego przemyśleń, badań i prac narodził się ruch zwany Placemakingiem.

Placemaking to pewne specyficzne podejście do planowania, projektowania i zarządzania przestrzenią publiczną. Zaczęło być jasne, że krajobraz i przestrzeń w mieście mogą przyciągać ludzi do spędzania czasu. Że place, parki, nabrzeża, skwerki i ulice powinny być ładne i przyjazne dla ludzi.

Ale Placemaking zakłada też, że inspirowanie lokalnych społeczności, wykorzystanie ich potencjału do planowania i tworzenia wspólnych przestrzeni publicznych, sprzyja szczęściu i dobremu samopoczuciu ludzi w miastach. To pewnie brzmi dla wielu jak herezja, ale nie da się zaprojektować dobrej przestrzeni nie biorąc pod uwagę głosu i potrzeb ludzi, którzy mieszkają obok. Ba, że trzeba angażować ludzi do zmian w przestrzeni, bo inaczej trudno jest osiągnąć świetne efekty (rozumiane nie jako materialny zysk, ale jako dobrostan ludzi).

Mówiąc najprościej, nawet najpiękniejsze parki bywają całkiem puste, jeśli powstają w oderwaniu od potrzeb ludzi, którzy w okolicy pracują czy mieszkają. Potrzebna jest współpraca instytucji, projektantów i odbiorców.

Jak to się ma do gdańskich podwórek?

Żeby zrobić naprawdę dobrą przestrzeń, w której ludzie będą chcieli spędzać czas i z której będą zadowoleni, nie wystarczy oddać im podwórek w swoje ręce. Między innymi z powodów, o których napisałam powyżej. Ale można zrobić coś innego – zaprosić ich do współpracy, wypracować wspólne pomysły, pomóc w realizacji.

W Budapeszcie działa projekt Supercity Community Gardens. Polega na wykorzystaniu podwórek i miejskich nieużytków pomiędzy blokami – niezależnie od ich własności – do tworzenia miejskich ogrodów. Idea jest banalna. Sąsiedzi sprzątają podwórko, sadzą rośliny, jakie tylko chcą, ogródek jest ogólnodostępny albo zamknięty. Zyskują wszyscy – miasto (bo podwórka są ładne i zadbane), mieszkańcy (bo nie muszą jechać milion kilometrów na działkę czy sadzić ziół na parapecie oraz oszczędzają pieniądze), właściciele (bo ceny nieruchomości i ziemi rosną), turyści (bo to jest ładne, ciekawe i warte obejrzenia oraz nie ma wstydu, jak się ktoś zapuści za róg).

Wartość dodana? Sąsiedzi spędzając ze sobą czas przy tych ogródkach zaczynają się poznawać i tworzą prawdziwą społeczność. Skutkuje to również wzrostem bezpieczeństwa.

Proste?

 

Reklamy

Picnic The Street: jak ludzie walczą z samochodami i jak czasami się udaje

Obrazek

Podobno najbardziej zasamochodowanym miastem w Europie jest Mediolan (co nie dziwi, Włochy są najbardziej zmotoryzowanym krajem świata). Na drugim miejscu jest Bruksela.

W 2012 roku jeden z jej mieszkańców, znany lewicujący filozof, profesor Philippe Van Parijs, zainicjował oddolny ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa na rzecz zrównoważonego transportu i odzyskania przestrzeni miejskiej dla pieszych i rowerzystów. Opierając się na doświadczeniach z lat 70., kiedy w podobny sposób piknikującym ludziom udało się wymusić na władzach zlikwidowanie wielkiego parkingu na Wielkim Placu w Brukseli, zaprosił mieszkańców do zapiknikowania na Boulevard Anspach, która jest jedną z głównych arterii w mieście.

In Brussels and elsewhere, no major progress can be achieved without freeing large areas from traffic and parking, either permanently or at certain hours on certain days. Not only do cars kill pedestrians and cyclists, occasionally by knocking them down, but especially little by little,by injecting dirt in their lungs. In addition, they prevent them from enjoying their city, encumbering public space, disfiguring the landscape, flooding their ears with decibels. Driving around in an urban centre must cease to be the rule and become an exception only justifiable by a specific reason: the transport of heavy objects, for example, or of a disabled person.

– napisał Van Parjis w swoim wezwaniu, którego treść w całości znajdziecie tutaj. W ramach obywatelskiego nieposłuszeństwa przeciwko prosamochodowej polityce władz miasta, Van Parijs ogłosił, że zamierza na Boulevard Anspach piknikować, choćby go mieli zamknąć w więzieniu.

Odezwę od razu podchwyciły i opublikowały lokalne media. Rzecz jasna rozszedł się także w internecie.

W efekcie na piknik w samo południe, w niedzielę 10 czerwca 2012, przyszły ponad 2 tysiące ludzi. Siedząc na kocach zablokowali ruch samochodów na wiele godzin.

 

Krótko po tym wydarzeniu odbyły się jeszcze inne pikniki. Prawdę mówiąc, odbywają się do dziś.

Władze miasta od początku nie były, rzecz jasna, zadowolone z takiego obrotu sprawy i stanęły przed nie lada kłopotem. Po roku od pikniku przedstawiły jednak plan, aby na Boulevard Anspach znacząco zmienić proporcje pomiędzy strefami dla pieszych i dla samochodów – zwężając jezdnię i wytyczając część ulicy tylko dla pieszych.

Jednak w dłuższej perspektywie wydaje się, że akcja nie przyniosła spektakularnych rezultatów. Przed wszystkim dlatego, że władze wciąż robią miasto dla samochodów. Burmistrz Brukseli powiedział na przykład, że nie będzie nowych stref dla pieszych bez poprawy dostępności centrum dla samochodów. Blog City Geek cytuje:

For some it’s never enough, they are waging war against the car, but that is not my battle.

Pojawił się też plan wytyczenia dla samochodów pewnego rodzaju „obwodnicy” Boulevard Anspach przez sąsiednie, wąskie ulice i podwórka. W mieście planuje się nowe parkingi i wytycza nowe, dwupasmowe ulice. Krótko mówiąc, zamiast myśleć o zmianie charakteru miasta, o zrównoważonym transporcie, o wycofaniu gęstego ruchu z centrum, o poprawie komfortu życia pieszych i rowerzystów, decyzje wciąż podejmowane są z punktu widzenia kierowców i samochodów.

Ludzie jednak nie zapomnieli pikniku i wciąż próbują wywrzeć nacisk na władze miasta. Akcja przenosi się też w inne miejsca. Van Parijs wezwał na przykład mieszkańców do pikniku na rondzie Schumana w dzielnicy europejskiej. Jeśli jesteście tym zainteresowani, możecie obserwować akcję śledząc fanpage Picnic the Street lub konto na twitterze

***

Rzecz jasna bardzo mi to przypomina walkę o gdański Targ Węglowy, ale to temat na osobny wpis. Na razie, do przemyślenia, jeszcze jedno zdanie z manifestu Van Parijsa:

To shake off an irresponsible lethargy, a bit of gentle civil disobedience is more than legitimate.

 

Zdjęcie pochodzi z bloga Polis, autorem jest Laurent Vermeersch.